Ponieważ już raz odpuściliśmy wyjście w góry ze względu na warunki atmosferyczne i była to wtedy bardzo słuszna decyzja, głód tylko narastał. Tym razem jednak nie zamierzaliśmy rezygnować uprzednio uważnie przestudiowawszy kapryśne i zmienne prognozy pogody. Miało być mokro, krótko i intensywnie i tak też było.

Biorąc pod uwagę kondycję zarówno naszą, jak i pogody, wybraliśmy sprawdzony szlak na Szyndzielnię, który zaczyna się relatywnie najbliżej nas oszczędzając nam cenne minuty, które pochłaniał dojazd. Wśród zalet warto było nadmienić również, że na szczyt prowadzą aż trzy szlaki i oczywiście wędrówkę można później kontynuować w stronę Klimczoka mając do wyboru kolejnych kilka alternatywnych tras. Całość zaś zabezpieczała możliwość strategicznego odwrotu za pomocą mniej wrażliwej na deszcz kolejki gondolowej.
Wystartowaliśmy równie ochoczo jak salamandry, które wypełzły ze swoich skalistych kryjówek żeby jak najwięcej skorzystać z deszczowej aury. Dla nas za to była to okazja, żeby wypróbować, jak się okazało, identyczne kurtki. Szybko się okazało, że w drodze na szczyt warto też polar schować w plecak. Swoją drogą dziś testowałem też nowy, o pojemności zaledwie 10L w miejsce niezawodnych 28L. Miało to na celu wymuszenie odchudzenia jego zawartości do absolutnie niezbędnego minimum, ponieważ przez ostatnie lata raczej miałem tendencję do zabierania niekoniecznie przydatnych w drodze kilogramów. I zdaję się, że nowy ekwipunek sprawdził się w zupełności, a wręcz zapowiada się, że jeszcze z kilku przedmiotów będzie można zrezygnować, zmienić lub lepiej zoptymalizować.
Wracamy jednak myślami na szlak, bowiem im wyżej, tym nie tylko salamandr więcej, ale i opadów. W końcu przekroczyliśmy magiczną i wyjątkowo nisko dziś zawieszoną linię chmur, co od razu przywiodło mi skojarzenia z wyspami Skelige ze świata Wiedźmina. Zamyśliłem się nawet nieco jaka byłaby dziś reakcja, gdyby spotkać takiego łowcę potworów we współczesnym świecie? Czy może raczej byłby to bezrobotny włóczęga i skromny kuglarz w świecie, w którym wyjaśnienie niemal każdego zjawiska i sztuczki znaleźć można w internecie? Kamieniste podejście szybko wyrwało mnie jednak z zamyślenia i kilka metrów dalej zza mgły wyłonił się znany już nam widok monumentalnego schroniska na Szyndzielni.
Po przeanalizowaniu dostępnych opcji pomnożonych przez nikłe zasoby zdrowego rozsądku i ugruntowaniu ich zapasami prowiantu, które wyekstrahowaliśmy z naszych plecaków zdecydowaliśmy się na powrót. Otwarta natomiast została kwestia sposobu dostania się na dół w zależności od warunków. W końcu deszcz nieustannie padał, a my spadać ze śliskich kamieni raczej nie chcieliśmy. Droga nie była jednak taka zła a opad z chwili na chwilę stawał się jakby mniejszy. Szliśmy więc coraz raźniej żeby ponownie się rozgrzać, ścinając trasę zielonym szlakiem, który przecinał się co chwila z czerwonym, którym szliśmy uprzednio w górę.
Jakieś trzynaście salamandr później byliśmy już z powrotem na parkingu. Pogoda zdawała się teraz lekko z nas kpić, bowiem niebo nieco przejaśniało i deszcz przestał padać. Nie daliśmy się już jednak zwieść - niespełna 12 kilometrów na dziś w zupełności nam wystarczyło a Konrad wspomniał, że zna w okolicy świetny, kraftowy kebab, nie trzeba było więc powtarzać mi dwa razy. Tak więc około południa, czyli znacznie szybciej, niż planowaliśmy, udaliśmy się na zasłużony posiłek. Wieczorne wiadomości utwierdziły nas natomiast w przekonaniu, że lepszych decyzji dziś podjąć nie mogliśmy, bo po naszym zejściu ze szlaku rozszalały się kolejne ulewy a w regionie przeszło też kilka burz. My jednak byliśmy już bezpieczni popijając gorącą herbatę i myśląc o kolejnych przygodach.






Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Śmiało, zostaw komentarz :)