wtorek, 14 lutego 2012

Przestój Zimowy

Kolejny raz musiałbym zacząć od sytuacji meteo i jakże istotnym doborze odpowiedniego ciuchu do ów sytuacji, by mieć tak zwany komfort cieplny. Pomińmy więc to wszystko i zaufajmy instynktowi, nie wpadając z rozpędu w poślizg na pierwszym zakręcie. Tym razem gleby na szczęście nie było, a i później, przez spłoszoną sarnę, udało się ponownie uniknąć bliskiego przyglądania się lodowej skorupie ukrytej pod kilkoma płatkami śniegu. Jednak co dwie opony to nie cztery i kolejna okazja do nagłego przyziemienia wydaje się nieuchronna. Ja jednak uparcie brnę dalej, choć przekroczone ponad tysiąckrotnie normy zanieczyszczeń w powietrzu sprawiają, że nawet na pełnych wdechach brakuje powietrza. Jednak ostatnia godzina ledwo słonecznego i znacznie cieplejszego niż ostatnie dnia przekonała mnie, że warto było dziś wyjść na rower. Brakowało mi tego ruchu jak właśnie tlenu w powietrzu, nawet jeśli świat zastałem we wszystkich odcieniach szarości...

piątek, 10 lutego 2012

i Znów Masa Krytyczna

Moje ulubione zjawisko rowerowe to Masa Krytyczna. Tydzień temu marzliśmy nieco w rekordowych jak na piątki mrozach, dziś było o kilka stopni lepiej, choć przy takim minusie już nie robi to na mnie ani wrażenia, ani jakiejkolwiek różnicy. Odziałem się więc bardzo podobnie, jak ostatnio, i lekko spóźniony wyjechałem przed swoje domostwo, gdzie czekał już Janek i Piernik, a z zatuszowanym przez śnieg piskiem opon chwilę później dołączył Daniel - moje spóźnienie więc jednak miało dobre skutki. Daniel oczywiście na nowej maszynce wyposażonej już zgodnie z wiodącymi wzorcami i standardami do których poniekąd i ja i Janek zmierzamy. Ale bez gadania, bo trzeba jechać i się przede wszystkim ruszać, gdy nie słońce i spiekota, a mróz nagli.
Na pl. Wolności niemal tradycyjnie meldujemy się pierwsi a samotnie czekać nie trzeba było nawet długo i grono zapaleńców, nie tylko na rowerach, powoli i sukcesywnie rosło, choć nie było to zbyt imponujące grono. Ostatecznie zebrało się nas ośmiu chłopa, a kibicowały nam jeszcze dwie niewiasty - Ania i Gusiek, oraz Kubush i w zasadzie też niewiasta, acz czworonóg , której jako jedynej pogoda bardzo się podobała - husky Mona. Ruszyliśmy i już na pl. Teatralnym dołączył do nas dawno nie widziany Goofy na swoim zimowym wehikule wagi ciężkiej - żółtej łodzi, złomku, czy jak kto lubi po prostu zimówce. Ekipa pozwoliła, więc spokojnie jechaliśmy żwawiej i niestety bez obstawy, bo ta tradycyjnie już zaspała i dogoniła nas dopiero przed zjazdem na al. Korfantego. Niebiescy jednak nadrobili na mecie, gdzie czekały jeszcze trzy radiowozy.
Po krótkich pogawędkach zebraliśmy się podjechać jeszcze do Kubusha, a później już w miarę sprawnie do ciepłych domów, choć tym razem trzeba przyznać, że dwanaście kresek poniżej zera nie dokuczało za bardzo. Tak wiec drugi dopiero rowerowy wypad w tym miesiącu został "odhaczony" i o ile pogoda się nie poprawi, to raczej nie zapowiada się, żeby w tym miesiącu wpadło jeszcze nieco atrakcyjnych kilometrów. Pozostaje tylko chuchać w termometr z nadzieją, że mu się ostanie póki co bliżej zera...

piątek, 3 lutego 2012

Najszybsza Masa na Świecie!

Poranek przywitał mnie ponownie temperaturą bliską -20ºC. No nie może być - pomyślałem - dziś przecież Masa w Gliwicach... Po południu było 6ºC więcej, co jednak dziś nie robiło zupełnie żadnej różnicy. Przez ostatni tydzień przywykłem zresztą, że różnice temperatur między tym co za oknem, a tym co mam w ciepłym biurze czy pokoju sięgają aż 45ºC. Zatem odziałem się w spodnie narciarskie, polar i narciarską kurtkę. Kominiarka, okulary, kask, coś jeszcze na szyję i po dwie pary skarpet i rękawic musiały dziś zdać swój egzamin w warunkach iście arktycznych. Rower w sumie też nie miał łatwego zadania, jednak był na to dobrze przygotowany - umyty, wszystko dokręcone i smarowane.
Około 17:00 podjechałem po Janka i razem zajechaliśmy jeszcze do bankowej, metalowej kapliczki - ciekawe co pomyślał sobie operator monitoringu. Ja jednak potrzebowałem trzech króli w poczet zamówionych przez Skuda części, z których część już dotarła i dziś miała być do odbioru przy okazji GMK. Później już standardowo ruszyliśmy przez os. Kopernika i obok domostwa Kubusha, by upewnić się, czy ktoś tam jednak na nas nie czeka. Nie czekał, więc pognaliśmy w miarę sprawnie i szybko z racji kiepskiego czasu w stronę Gliwic.
 Jak widać po samym dojeździe dorobiłem się już zacnej lodowej brody na mojej kominiarce, która świetnie spełniała przy okazji swoje zadanie i skutecznie chroniła przed zimnem. Na pl. Krakowskim krążył tylko Darek, jednak w chwilę później zaczęli dojeżdżać kolejni zapaleni bikerzy i tak nazbierało się nas ostatecznie dziesięć duszyczek z całego serca pragnących już jechać. Trochu to za mało było, jednak policjanci stwierdzili, że nas eskortują o ile pojedziemy sprawnie i szybko. I pojechaliśmy... naprawdę szybko, wręcz odważę się stwierdzić, że była to najszybsza Masa na świecie!
 40 km/h pod górkę dla frajdy, a w sumie średnia mocno przekraczała dwudziestkę. Do tego każdemu dopisywał humor i co rusz chwaliliśmy się co komu zamarzło: Jankowi przerzutka, mnie i Chemikowi amor, Kirze hydrauliki a Skudowi światło w przedniej lampce ;)
Przejazd nie trwał więc zbyt długo, a pożegnania też nie były zbyt wylewne i czułe - po prostu "narka bo zimno" i już  gnaliśmy lekko zmęczeni z Jankiem w stronę naszych upragnionych, ciepłych domów. Zamienialiśmy się kilka razy prowadzeniem, żeby każdy z nas mógł chwilę odsapnąć, po jechanie na przedzie było bardziej męczące niż zwykle - zimno, lekko wiało i... zimno! Z Jankiem też nie żegnaliśmy się nawet wiedząc, że i tak szybko znów się widzimy. "To na razie" i wyprzedziłem całą resztką sił Janka i przemknąłem przez najniebezpieczniejsze w okolicy skrzyżowanie a później lekkim poślizgiem wpasowałem się w zakręt na swoją uliczkę płosząc jakiś przechodniów i kolejnym efektownym poślizgiem skończyłem dzisiejszą przejażdżkę pod bramą swojej willi. 33 km w takim mrozie? Zwariowałem do reszty!
I jeszcze "wyhodowałem" sobie prócz brody taki sopel...

piątek, 27 stycznia 2012

Dwa w cenie jednego

Za oknem nastała w końcu zima - taka prawdziwa ze śniegiem i siarczystym mrozem i chwała przyrodzie za to!Bo niewątpliwie dobrze jest tak raz w roku przetrzebić armię wszelkiej maści owadów, chorób i innych ustrojstw, które uprzykrzają nam później całe lato życie. Ta wspaniała aura ma tylko jedną wadę, którą bez trenażera trudno obejść - uprzykrza się jazda na rowerze gdy oddech zamarza jaszcze w ustach, a żeby zdjąć okulary po przejażdżce najlepiej zaczekać kilkanaście minut aż odmarzną od twarzy. Samo zejście z roweru też jest dość utrudnione, nie wspominając o utrzymaniu własnego wehikułu w należytym stanie. Zatem chwilowo obwieszczam "zawieszenie broni", co jednak nie znaczy, że będzie tu cicho. Ma dziś dwa upominki: pierwszy związany jest z zachwalanym w niektórych kręgach zdjęciem z jednego z ostatnich postów. Zatem, póki jeszcze ACTA nie obowiązuje, zezwalam na pobieranie ów zdjęcia na użytek własny w nieco lepszej rozdzielczości, a zamieszczonego poniżej:
Natomiast druga grafika na dziś to plakat promujący Zabrzańską Masę Krytyczną mojego skromnego autorstwa, a który także można pobrać w pliku png lub pdf i wspomóc naszą comiesięczną akcję, na którą przy okazji serdecznie zapraszam. Tyle zatem moich ogłoszeń, życzę wszystkim udanego, iście zimowego weekendu, a co poniektórym jeszcze udanych zabaw studniówkowych (pozdrowienia dla miłej Pani z Opola) i oczywiście ferii. Pax!
wersja PDF do pobrania tutaj

sobota, 21 stycznia 2012

Trzy czwarte planu

Miałem w planach nie używać słowa "roweroholik", ale zdaje się, że tylko to słowo idealnie odzwierciedla moje ostatnie kilka dni, gdy chodziłem i niemal gryzłem i skakałem mając chwilę wolnego czasu, a pogoda za oknem niemal zupełnie uniemożliwiała rekreacyjną jazdę na rowerze - tak ważne słowo rekreacyjna, wszak na upartego jeździło się w gorszej pogodzie, ale były ku temu "cele wyższe". Ale chcąc zachować dla siebie zdrowie ciała i resztek rozsądku, dopiero dziś miałem przyjemność pokręcić.
Pierwszy pomysł, z którym trudno było się nie zgodzić po ostatnich nie-przygodach z błotem, był prosty: gdziekolwiek, byleby asfaltem. Pomyślałem więc o Gliwicach i mojej pętli "pod 50km" w wersji skróconej do około 40 "kilosów", jednak pierwotne założenia skreślały drogę przez Żerniki i pozostały właściwie dwie opcje - Sośnica lub centrum. Na pierwszy więc ogień wybrałem centrum, które postanowiłem omijać jak najdłużej się dało dzięki urokom os. Kotarbińskiego a później Maciejowa. Niestety dalej wiodła już tylko ul. Chorzowska, co jakoś przebolałem i wraz z nurtem nielicznych dziś samochodów pomknąłem aż na ul. Zwycięstwa w Gliwicach.
"Zwiedziłem" rynek, przejechałem obok muzeum i z przerażeniem stwierdziłem, że moje hamulce wydają dźwięk leniwego osła zmuszanego do pracy - przeraźliwszy i skuteczniejszy hałas niż moja pokładowa trąbka od Piernika. Nie chcąc dalej narażać się przechodniom wybrałem opcję z mniejszą potrzebą spowalniania się, czyli przez pl. Krakowski, który był tak oblodzony, że wypiąłem się z SPDeków żeby nie polecieć, na Akademicką oznaczoną pięknym zakazem i pod spodem "nie dotyczy rowerów". Dalej można się już domyśleć, że pojechałem w stronę Sośnicy i właściwie bez większego kombinowania w stronę domu.
Gdy byłem już w stanie stwierdzić na jakiej wartości zatrzyma się dziś licznik i że będzie to okrągłe 30 kilometrów, dojechałem do domu. Zresztą tą opcję powoli popierały też mięśnie, które odwykły od wysiłku a nadto zimowy tryb jazdy nie sprzyja większym dystansom.
Pora więc na mały rekonesans, bo hamulce zwykle zwiastują i inne problemy. Postanowiłem więc, że umyję rower, a że odpadała opcja "outdoor", wyjąłem koła i wstawiłem do wanny, a gdy te już lśniły czystością, do wanny wstawiłem też ramę. Ostatecznie rozmontowałem kilka rzeczy i mogę stwierdzić co następuje:
- tylna opona ma wadę i pęka przy obręczy
- hamulce z przodu wołają o nowe okładziny, których nie mam nawet zamiaru znowu kupować
- tarcze wymagają umycia jeszcze w co najmniej acetonie
- w przeciwieństwie do łańcucha, kaseta i przednie "zęby" mają się całkiem nieźle
- aluminiowy bagażnik na sztycę obrzydliwie śniedzieje
- pozostałe elementy, w tym nawet amortyzator, mają się całkiem dobrze i niemal nie stwierdzono rdzy - wyjątkiem jest kilka główek śrub, ale te "mają prawo"
Tyle podsumowania, wkrótce podjęte zostaną stosowne kroki, żeby usprawnić działanie mojego wehikułu, bo o ile prognozom nie można wierzyć, to jednak watro mieć już sprawny sprzęt na pierwsze dłuższe, cieplejsze dni i cenne weekendy.