Gdy tylko dowiedziałem się, że Robert Kasprzycki ponownie zagości w gliwickiej Paskudofonii, natychmiast otwarłem jej stronę internetową i rozpocząłem polowanie na start sprzedaży biletów. Najlepsze koncerty w tej kameralnej salce znikają bowiem w oka mgnieniu. Sam zaś Robert niestety zdecydowanie zbyt rzadko zagląda ostatnio na Śląsk, więc sami rozumiecie.
Gdy już dopadłem wejściówki i zakreśliłem czerwone kółko w kalendarzu, plan był prosty: pójdę znów z żoną. Niestety, jak to zwykle z takimi ambitnymi próbami wyjścia gdzieś we dwoje bywa, tydzień przed koncertem dowiedzieliśmy się, że nie ma opcji na zaopiekowanie w tym czasie dzieci. Plany B, C i D również spaliły na panewce, ostatecznie więc zdecydowałem się w ramach nieplanowanego, przedwczesnego prezentu urodzinowego, zabrać córkę. Radość i ekscytacja mojej najstarszej latorośli była nadspodziewanie ogromna - nie wiedziała jaki chrzest bojowy ją czeka. Twórczość Roberta oczywiście znała już wcześniej a Niebo do wynajęcia od dawna gości u nas w repertuarze... kołysanek na dobranoc.
Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie, a córka zaczęła atakować mnie zestawem pytań po co, na co i dlaczego, ale też najważniejszym: kiedy wreszcie się zacznie. W końcu jednak się zaczęło i sceną zawładnął Robert Kasprzycki, który od razu złapał kontakt z publiką wciągając ją w swoją interaktywną gawędę dopełnianą piosenkami. Repertuar otwierający sezon koncertowy anno domini 2026 był z gatunku tych sprawdzonych w boju. Przekrojowy wybór najlepiej prezentujących się w wydaniu koncertowym utworów, którym towarzyszył równie mocno sprawdzony granat bojowy opowieści. Niech jednak nikogo nie zwiedzie ta stałość - wszystko było tutaj jak zawsze pełne subtelnych interakcji z publicznością, dzięki czemu nikt nie mógł powiedzieć, że przyszedł tu tylko posłuchać legendarnych dźwięków z Krainy Łagodności. Nawet moja latorośl doceniła ten kunszt, dzięki czemu mimo wyzwania, jakim było wysiedzieć na miejscu dwie godziny z kawałkiem, dała radę.
Tak więc wśród ochów i achów nie tylko nad samym koncertem, ale i nad niewiarygodną postawą najmłodszej uczestniczki koncertu powoli kierowaliśmy nasze kroki ku wyjściu, gdy cichły już ostatnie akordy i gromkie owacje. A ja musze przyznać że duma mnie rozpierała prawie taka sama, jak w momencie, gdy dziecko moje stawiało pierwsze kroki, mówiło pierwsze słowa, czy rozpoczynało pierwszą samodzielną przejażdżkę na rowerze.




Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Śmiało, zostaw komentarz :)