
Zbliżająca się niechybnie wiosna sprawia, że człowiek ma jakąś większą ochotę na aktywność fizyczną na świeżym powietrzu. A jako, że w sezonie grzewczym zazwyczaj w miastach go brakuje, myśli kierują się w stronę gór. Ponieważ zaś przed wyruszeniem w drogę warto zebrać drużynę, dałem znać Januszowi i Michałowi, że jest plan.
I tak oto, nim się obejrzeliśmy, był niedzielny poranek, a my znaleźliśmy się na czerwonym szlaku wiodącym ze Straconki na Czupel. Pierwsze kroki, jak to zwykle bywa, nie były łatwe. Zaskakująco szybko jednak złapaliśmy rytm i żaden z nas nie narzekał na jakieś straszliwe dolegliwości. Potwierdziliśmy też ludową prawdę, że w góry należy ubierać się na cebulkę, bowiem już po kilkuset metrach zaczęliśmy zdejmować zbędne kurtki, rękawiczki i czapki.
Jako mentalnie emeryckie trio zdzidziałych facetów co jakiś czas robiliśmy sobie krótkie przerwy śmiejąc się z samych siebie, że na przestrzeni kilku ostatnich lat tak bardzo zaniechaliśmy aktywności fizyczne poddając się prozie dorosłego życia. Każdy oczywiście licytował się, kto jest większym dziadem i argumentował, że reszta ma więcej okazji do ruchu. Prawda jest jednak taka, że wszyscy od czasu sławetnej pandemii nie potrafimy się pozbierać zdrowotnie i każdemu z nas coś dokucza.

Ponieważ od pierwszego szczytu szlak biegł dość łagodnie grzbietem, nie zauważyliśmy nawet jak minęliśmy Gaiki i tamtejsze rozwidlenie szlaków, gdzie mieliśmy odbić na ten niebieski. Zorientowaliśmy się dopiero gdzieś za szczytem Graniczki, gdzie zaniepokoiło nas nagłe zejście w przełęcz. Szybko zweryfikowaliśmy mapę i okazało się, że nadrobiliśmy kilka kilometrów. W tym czasie niebo zaczęło się zgodnie z prognozą powoli zaciągać szarą pierzyną chmur, więc nie trzeba było nam większej motywacji na odwrót na upatrzoną wcześniej trasę.

Z Gaików na przełęcz Przegibek dostaliśmy się stosunkowo szybko, tam jednak zaniepokoił nas prawdziwy ogrom zaparkowanych samochodów. Wizja zatłoczonego schroniska na Magurce nie była z gatunku tych, które chcielibyśmy zobaczyć na własne oczy, skorzystaliśmy więc z jednej z przewidzianych wcześniej opcji strategicznego odwrotu. Nie chcieliśmy też ryzykować nadszarpnięcia naszej wątłej kondycji kolejnym podejściem, zdecydowaliśmy się na łagodne zejście zielonym szlakiem obok Jałowcowej i dalej już prosto do samochodu.

Odwrót przebiegł równie sprawnie, jak poprzednia część trasy, dlatego chętnie przystaliśmy na propozycję Janusza na przemieszczenie się nad Jezioro Żywieckie – tym razem jednak już na czterech kołach. Okazało się to co najmniej trafną decyzją, bowiem po kilkunastu minutach w wygodnym fotelu wysiadanie z auta każdemu z nas sprawiło zabawną wręcz trudność. Wygrzebaliśmy się jednak nad jezioro podziwiać jego zamarzniętą taflę i wyrzucone na brzeg przez opadającą wodę fanty. Ja natomiast zabrałem się za eksperymentalne, debiutanckie parzenie kawy w nabytym w zeszłym roku zestawie turystycznym z french pressem. Test objął również drugą z posiadanych przeze mnie turystycznych kuchenek, która okazała się zdecydowanie lepsza, od tej, która towarzyszyła nam rok temu na Biskupiej Kopie. Jest również mniejsza i lżejsza, przez co zacząłem od razu zastanawiać się nad jej jeszcze mniejszym odpowiednikiem jako już stały element wyposażenia na takie okoliczności. 
Uraczeni świeżą zaparzoną kawą i gorącą herbatą z termosu jednogłośnie stwierdziliśmy, że taką wyprawę należy ponowić – nie dalej, niż za rok. Coraz zimniejsze podmuchy wiatru i ciemniejące niebo przerwało jednak tą zadumę i zachęciło nas, żeby jednak spakować swoje zabawki i skierować bardziej zdecydowane kroki w stronę samochodu. Jak to stare dziadki, uciekliśmy przed sprawiającym dyskomfort deszczem do swoich domostw nieco odpocząć, przed nieuchronnie zbliżającą się nazajutrz prozą życia codziennego.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Śmiało, zostaw komentarz :)