sobota, 8 listopada 2025

Listopadowy duet za październik

Plany były ambitne, jednak październik nie miał litości i minął, nim dobrze zdążyliśmy się zorganizować. Dlatego w listopadzie postanowiliśmy nie czekać i zaatakować już z początku długiego weekendu. Prognozy pogody nie były zachęcające, obraliśmy więc możliwie najrozsądniejszy (jak na nasze standardy), znany nam szlak. I tylko kompania odchudziła się tego dnia do duetu, co nie przeszkadzało jednak zdeptać kilkunastu kilometrów górskimi duktami. 

Plan na dziś zdawał się być nader prosty: kierujemy się na sławetną Chatę Wuja Toma, którą odwiedzaliśmy i w ostatnich wyprawach. A tam podjąć mieliśmy dalsze decyzje w zależności od warunków pogodowych i fizycznych. Przeciwności, które należało uwzględnić było tego dnia więcej, bowiem wystartowaliśmy nader późno - a jak wiadomo w listopadzie słońce lubi znikać za górami bezczelnie wręcz wcześnie. Poza tym występowaliśmy dziś w ambitnym, ale duecie. Jakikolwiek błąd mógł więc oznaczać lawinę kolejnych trudności.

Po początkowych kalkulacjach i poszukiwaniu właściwej drogi prowadzącej na szlak (nie pozdrawiamy odpowiedzialnych za oznakowanie tego odcinka) w końcu raźno maszerowaliśmy w stronę pierwszego przystanku. Choć wilgoć wisiała w powietrzu, udało się nam nie spotkać większych opadów na te, które serwowały nam spadające z gałęzi drzew. Z przełęczy Karkoszczonka postanowiliśmy iść dalej wydającą się dziś rozsądną pętlą przez stok Szyndzielni, Trzy Kopce i dalej w stronę Klimczoka.

Na szczycie zameldowaliśmy się w całkiem przyzwoitym czasie i dobrej formie. Przerwę wykorzystaliśmy na małe uzupełnienie kalorii i ciepłą herbatę napawając się widokiem przelewających się przez góry obłoków. Niestety jednak na polanie oprócz nas była cała zgraja wręcz turystów, w tym miłośników mobilnych głośników i muzyki z pewnego kontynentu na południe od nas, szybko więc zebraliśmy się w dalszą drogę. Powrót zaplanowaliśmy szlakiem czerwonym, który niedawno pokonywaliśmy w przeciwną stronę i dał nam wtedy mocno popalić. Dziś miało być z górki... 

Szybko niestety zorientowaliśmy się, że kolejny raz tego dnia zbytnia pewność siebie zawiodła nas w inne ścieżki, niż planowaliśmy. Nie było jednak już odwrotu, bowiem zeszliśmy spory kawałek zboczem góry i nie uśmiechało się nam wracać. Szukanie drogi przy wątpliwym zasięgu telefonii komórkowej też nie wchodziło w grę, dlatego zdecydowaliśmy się skierować na żółty szlak i wrócić tak, jak tutaj dotarliśmy. Po tłocznym odcinku w stronę Błatniej w końcu dobiliśmy w niebieski szlak i zrobiło się jakby luźniej. Dalej było już faktycznie tylko z górki z krótką przerwą na butelkę znakomitego, bezalkoholowego trunku, który serwują we wspomnianym już na początku schronisku. I powrotny spacer do auta ze snuciem planów, czy może w grudniu także uda się jeszcze uszczknąć ostatnie wyjście w góry w tym roku? Tak, czy inaczej, ten rok i tak już był pod tym względem bardzo łaskawy.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Śmiało, zostaw komentarz :)