poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Bez granic

Jeszcze ciemno za oknem, a ja już na nogach. Nietypowy scenariusz jak na środek wakacji, jednak dni stają się wyraźnie coraz krótsze, a plany ambitniejsze. Długo wyczekiwany poranek nastał więc nazbyt wcześnie, byłem już niemal całkowicie spakowany i gotowy, zwłaszcza psychicznie, na czekające nas kilometry. Pod moją willą czekało już zacne towarzystwo w postaci Daniela, Janka i Piernika, co oznaczało, że brakuje tylko mnie. Wytaszczyłem więc swój o kilka kilogramów cięższy rower z wypchanymi sakwami i wspólnie podjechaliśmy w porannym, przyjemnym chłodzie do Ani i Kubusha, o ile w ogóle ponad 20°C można uznać za chłód.
W blasku wschodzącego słońca i z ogromnym entuzjazmem skierowaliśmy się w stronę Gliwic, gdzie miała czekać na nas reszta ekipy w równie dobrych humorach co nasze. Kolejno odlicz do jedenastu i byliśmy pewni, że wszyscy są w komplecie, zwarci i gotowi. No to pora pokręcić. Każdy dosiadł swojego dwukołowego rumaka i pięknym peletonem ruszyliśmy w stronę Knurowa. Po drodze przybywało wszystkiego: humorów, kilometrów, słońca, podjazdów i temperatury na termometrach. Tego ostatniego szybko mieliśmy dość, każdy wiec na swój sposób szukał ratunku przed strasznym upałem choć raz mogąc pluć sobie w brodę, że prognoza pogody się sprawdziła. 
Pierwsze poważne podjazdy zaczęły się za malowniczo przemysłowym Rybnikiem, do którego już planujemy kiedyś jeszcze zajechać. Ale wracając do pojazdów, to po drodze zanotowaliśmy już kilka góreczek, ale to, co było przed Wodzisławiem Śląskim, przerosło przynajmniej moje wyobrażenia. Od razu w pamięci wygrzebałem obraz "Górki Mikołowskiej", z która nie tak dawno miałem do czynienia. Ponieważ każdy z nas jechał swoim tempem, byleby na szczyt, postanowiłem się sprawdzić i jednocześnie dać z siebie niemal wszystko, łyknąłem więc pierwszy podjazd bez większych oporów, z drugim natomiast był już lekki problem. Można było fajnie się rozpędzić z góry pierwszego, ale na dole czekało już na mnie złośliwe czerwone światło sygnalizatora, który ani myślał dać za wygraną. Zanotowałem postój niemal na dnie wielkiego przesmyku i z wolna musiałem wdrapywać się na drugi, zdecydowanie wyższy szczyt. Trwało do na tyle długo i na tyle wolno, że biegi wskazywały już tylko 2x2, co i tak wydawało się zbyt wiele. Ale dałem radę i było z czego się cieszyć, bo teraz już niby ciągle płasko miało być. Usadowiłem się więc w cieniu i zaczekałem na resztę grupy i gdy byliśmy już wszyscy w komplecie z wyplutymi płucami mogliśmy jechać dalej, ku kolejnym wyzwaniom i kilometrom. 
Za Wodzisławiem każdy z nas już marzył o klimatyzowanym pomieszczeniu, dlatego też obraliśmy sobie strategicznie za miejsce postoju sieć fast foodów, której przedstawiać nie trzeba. Tam był dopiero pierwszy, naprawdę solidny odpoczynek, każdy sięgnął po swój prowiant, lub też zaopatrzył się w niego w ów przybytku. Nie zabrakło też pielgrzymki do "Stonki", co nie było głupim posunięciem, żeby nie wieźć ze sobą niepotrzebnych na podjazdach kilogramów.  
Gdy już zaspokoiliśmy nasze liczne potrzeby, pozostało tylko wsiąść spowrotem na rowery i jechać dalej. Do granicy było już zdecydowanie bliżej, niż dalej, jednak temperatura powietrza brutalnie wysysała z nas każdą kroplę siły i zapału, więc coraz częściej trzeba było się zatrzymać, by najzwyczajniej w świecie się ochłodzić w jakimś kawałku cieniu. Jakoś około 11:00 dotarliśmy w końcu do przejścia granicznego w Chałupkach, co było niewątpliwie drugim z wielkich wyczynów tego dnia.
Bez całowania ziemi, ale z wizytą na pobliskiej stacji benzenowej, zaczęliśmy drugi etap naszej wojaży, czyli wędrówki po Czeskiej krainie. Z Bohumina do Ostravy jechało się dość przyjemnie, nie licząc niezłomnej uciążliwości słońca. Jednak widoki, które zastałem w Ostravie dodały mi sił. Przez chwilę poczułem się, jakbym nie opuścił Śląska i była w tym spora racja, wszak to historyczne, śląskie ziemie. Szkoda tylko, że tutaj świadectwa obecności ciężkiego przemysłu są tak wspaniałe, czyste i zadbane, a u nas wciąż wręcz przeciwnie. 
By było mi jeszcze bardziej klimatycznie, w słuchawce rozbrzmiał mi Świat wg. Nohavicy, piosenki czeskiego poety urodzonego właśnie w Ostravie. Szybko też stwierdziłem, że chwalenie tutejszych dróg było raczej nieprzemyślane. O ile jeszcze od granicy jechało się wspaniałymi szosami, to teraz, w mieście, drogi niewiele różnią się od tych naszych polskich, dziurawych. A dziury tu mają porządne i miejscami naprawdę się cieszyłem, że udało mi się uniknąć kilkudziesięcio centymetrowej przepaści z asfaltu w podziemia.
Frýdek-Místek, to kolejne piękne miasto, na które czekałem. Ono jednak broniło się przed nami skutecznie kolejnymi premiami górskimi. W takich chwilach człowiek zastanawia się, jak Ci wszyscy szaleni kolarze potrafią zapierniczać pod takie strome podjazdy (12% jak głosił znak)? Gdy jednak w końcu dotarliśmy, udaliśmy się z Danielem uzupełnić nieco nasze zapasy, a następnie na małą wycieczkę po urokliwym Frydku. Jednak najciekawsze czekało na nas pod samym nosem w trakcie przejazdu już w dalszą trasę z całym peletonem. Co rusz z Piernikiem wymienialiśmy zdania na temat kolejnych budynków zgadując w jakim są stylu i dyskutując o och walorach, detalach i urokach.
Teraz droga była już niepokojąco łatwa, choć, jak się później okazało, ciągle pod górę. Jednak by z pełnią sił i zapasów zdobyć nasz ostateczny cel, zrobiliśmy jeszcze dwa postoje o strategicznym, zaopatrzeniowym znaczeniu. Sam zminimalizowałem swoje potrzeby, by było po prostu lżej i oceniłem, że wszystko, co potrzebuję, mogę też kupić jutro. Wybrałem jedynie coś na ochłodę i obowiązkową puszeczkę na wieczór.
Ostatnia premia górska na starcie mnie mocno wystraszyła, ale nie dałem się złamać. Zresztą, kogo by nie zdziwił stromy podjazd i deklaracje, że ma on jakieś 2 kilometry? A końca nie widać! Na szczęście wiódł on stromą, krętą i asfaltową drogą przez las. Ostatni więc czynnik mocno przemawiał za tym, że się uda. Zgodnie z deklaracjami, ruszyłem swoim tempem w górę, mając za plecami Daniela. Po piętnastu minutach oboje byliśmy już u celu, zmachani z zadowoleni z siebie. Chwilę później dojechał do nas Daro, sprawca wyprawy, co oznaczało, że za chwilę będziemy mogli nawiedzić nasze pokoje i odpocząć. Dalej była już tylko woda, kolacja i ognisko i sztuczne ognie na naszą cześć, czyli to, co każdy z nas uwielbia najbardziej.
Poranek przywitał nas zaskakującym sprawdzeniem się prognoz pogody, które oglądałem w zasadzie kilka dni wcześniej. Większą część nocy padało i grzmiało, powietrze więc było niesamowicie rześkie i górskie. Coś wspaniałego! Widoki też wspaniałe, nic więc dziwnego, że wstaliśmy z niebywałą ochotą jeszcze przed śniadaniem. Po krótkim spacerku i długim, obfitym śniadaniu, mieliśmy znów pełen zapał, by jechać, jednak niektórym z nas nie pozwalały na to kontuzje. Ania i Kubush ruszyli nieco wcześniej do Cieszyna na pociąg uszczuplając naszą grupę. Gary też nie miał się najlepiej ze swoim kolanem.
Nim wszyscy ruszyliśmy w szaleńczą drogę w dół, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć. A później już tylko potężny zastrzyk adrenaliny i nagroda za wczorajszy wysiłek. Zjazd oczywiście trwał o wiele za krótko w porównaniu z drogą w przeciwnym kierunku. W nagrodę wiec mogliśmy... znów jechać pod stromiznę.

Dwa kilometry dalej byliśmy już na potężnej tamie przy zbiorniku o dziwacznej jak dla mnie nazwie Šance. Widok przepiękny, jak na początek dnia, dlatego wszystkie aparaty poszły w ruch. Po takiej porcji wrażeń estetycznych nie każdy miał jakąkolwiek ochotę jechać dalej, jednak zostać też nie bardzo się dało.
Krótka wspinaczka znad zapory na drogę, a później już sama przyjemność. Z dumą zerkaliśmy na liczniki, które biły nowe rekordy niemal bez pomocy i jakiegokolwiek wysiłku. Mnie w zupełności usatysfakcjonowało 68.1 km/h, co przy ograniczeniu do 70 było nawet rozsądne. Jednak wszystko, co piękne, szybko się kończy, więc i jazda ze stromego zbocza góry Smkr szybko skończyła się przystankiem zaopatrzeniowym w Ostravicy. 

Wraz z Jankiem przetestowaliśmy dwie rzeczy na raz. Po pierwsze, otwieranie przy pomocy pedałów SPD kapslowanych butelek, a po drugie smaku zawartości, czyli oryginalnej, czeskiej Coli. Więc otworzyć się dało bez problemu na moich pedałach, a smak... mnie smakowało! Później już tylko pedałowanie spokojnym tempem na lekkich zjazdach w stronę kolejnych miast, a wśród nich prawdziwa svet fota, którą upolowaliśmy po drodze.

Malowniczy Frýdek szybko minęliśmy i tu zaczęły się kolejne dziś stromizny. Swoją drogą nagle nikt nie przypominał sobie, żebyśmy jadąc wcześniej mieli tyle zjazdów, które teraz są podjazdami, prawda? Z każdym więc kolejnym wzniesieniem ponawialiśmy zagorzałą dyskusję stanowczo się sprzeciwiając kolejnym stromiznom, przy okazji pokonując każdą z nich. A powroty mają to do siebie, że mijają nadzwyczaj szybko i jakby mniej się z nich pamięta, pozwolę więc resztę dopowiedzieć kilku kolejnym zdjęciom, które moim zdaniem bardzo dobrze oddają tamtejsze klimaty. Nawet tak sobie chwilami myślałem, że gdyby nie fakt, że to wszystko jest tak odległe od rodzinnych stron, to dla samych widoków gór mógłbym tu zamieszkać. Bo przecież mamy XXI wiek, internet i telefony, więc nawet mógłbym nadal pracować tam, gdzie pracuję.




Nim się obejrzeliśmy, a byliśmy już w Polsce, choć jeszcze za Ostravą czekała nas mała chwila niepewności. Wydawało się nam, że zgubiliśmy gdzieś Daniela, który jak się okazało, jechał z Anią i Garym, który z powodu kolana jechał ustawicznie swoim tempem. W Chałupkach pożegnaliśmy Anię i Garego, którzy z konieczności wybrali dalszą drogę środkami PKP. 
Została nas już tylko siódemka i taką też ekipą jechaliśmy w stronę Gliwic. Teraz droga była już naprawdę przyjemna, a po którymś z podjazdów przekroczyłem już swój próg zmęczenia i dalej jechałem bez tego uczucia. Nogi i cały organizm też już się przyzwyczaiły, więc w swoim rytmie kręciłem dalej niezależnie od tego, czy było w górę, czy w dół. Nie wszyscy mieli jednak tak kolorowo, więc ciągle staraliśmy się trzymać w grupie i pomagać sobie na wzajem, żeby nikt nie zostawał sam na sam ze swoimi słabościami.
Ogromna porcja wysiłku przed Rybnikiem, bo to ostatnie dwie wielkie góry i można by powiedzieć, że było już po wszystkim. Swojskie widoki dodawały sił i chęci, aż w końcu dotarliśmy już do samych Gliwic, gdzie kolejno odprowadzaliśmy Darka, Konia, a na końcu Guśka. Spotkaliśmy też masowych znajomych, Kirę i Rycha, którzy towarzyszyli nam przez chwilę.
Ostatnia czwórka, czyli Daniel, Janek, Piernik i ja dotarliśmy do swoich willi późnawym już wieczorem. Tak też zakończył się wspaniały wyjazd, niesamowita przygoda i zamknął się ogromny bagaż wspomnień. Kolejny wyjazd już się kroi, plany powoli układają, więc tylko czekać, aż znów zawitamy do naszych czeskich sąsiadów w barwnej, jesiennej scenerii. Więc do zobaczenia?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Śmiało, zostaw komentarz :)